| < Listopad 2009 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30            
Skala ocen:
 1 - kijem nie tykać
 2 - omijać z daleka
 3 - beznadziejne
 4 - słabe, ale z przebłyskami
 5 - typowy przeciętniak
 6 - można obejrzeć
 7 - dobre!
 8 - świetne, trzeba zobaczyć
 9 - prawdziwy hit
10 - film doskonały, kultowy
Wpisy za 2009:
Filmy obecne: 160
Filmy arch.: 84
Książki obec.: 26
Książki arch.: 42
Seriale: 14
Wpisy za 2008:
Filmy obecne: 268
Filmy arch.: 231
Książki obec.: 38
Książki arch.: 13
Seriale: 14
Wpisy ogółem:
Filmy obecne: 594
Filmy arch.: 400
Książki obec.: 87
Książki arch.: 85
Seriale: 40
środa, 28 października 2009
Superman Returns (2006)

Plakathttp://www.imdb.com/title/tt0348150/

Aż trudno uwierzyć, że tak znakomity reżyser jakim jest Bryan Singer zostawił świetnych X-Menów i przeniósł się do "konkurencji", żeby nakręcić nową wersję Supermana. Szczególnie widząc efekt końcowy, który jest bardzo przeciętny. Co ciekawe, problemem nie jest tu postać tytułowego bohatera, w którą wcielił się nieznany aktor Brandon Routh, tylko sam film jako całość.
Podobnie jak w przypadku opisanego przed momentem Supermana Richarda Donnera zacznę od efektów. Oczywiście tu film jest bez zarzutu. Na pewno nie można go nazwać przełomowym, bo efekty nie powalają, ale są na bardzo wysokim poziomie. Podejrzewam, że z biegiem lat ząb czasu zbyt mocno ich nie nadgryzie. Ale to jedyna przewaga tego filmu nad dziełem Donnera.
Cała reszta to zwykła lipna opowiastka, jakby kanwą na scenariusz był pierwszy lepszy zeszyt komiksowy, kupiony na eBayu za grosze, a nie historia starannie wyselekcjonowana z niezliczonej ilości przygód. Nie bardzo rozumiem takie podejście, tym bardziej, że przecież prawa były wykupione, budżet wielki, więc nawet gdyby trzeba dopłacić coś ekstra za możliwość ekranizacji konkretnej komiksowej historii, to chyba dla twórców nie byłby to problem. Być może Singer chciał najpierw pokazać nowego Supermana, oswoić z nim publiczność, a dopiero w następnej części wytoczyć najcięższe armaty. Ale na jego nieszczęście publiczność okazała się niecierpliwa i niewdzięczna i nie nagrodziła trudu reżysera owacjami, a przede wszystkim zakupionymi biletami.
I słusznie, bo film ten na to nie zasługiwał. Nie można o nim, co prawda, powiedzieć, że jest zły. Tyle że określenie "przeciętny" w przypadku reżysera takiego jak Bryan Singer jest synonimem porażki.

Ocena na IMDB: 6,6
Moja ocena: 5

Superman (1978)

Plakathttp://www.imdb.com/title/tt0078346/

Najsłynniejsza ekranizacja komiksu w reżyserii Richarda Donnera z nieodżałowanym Christopherem Reeve i Genem Hackmanem w rolach głównych.
Dzieło Donnera zestarzało się tylko w warstwie efektów. Po ponad 30 latach widać wyraźnie niedoskonałości techniki. Natomiast fabularnie wciąż wciąga, reżyserowi udało się znakomicie uchwycić charakter Człowieka ze stali i nadać obrazowi niepowtarzalny klimat. Nic dziwnego, że film odniósł sukces i stał się podwaliną pod dwie kontynuacje.

Ocena na IMDB: 7,3
Moja ocena: 8

He's Just Not That Into You (2009)

Plakathttp://www.imdb.com/title/tt1001508/

Narzekam ostatnimi czasy, że komedie romantyczne śmieszą przez pierwsze 10-15 minut, a później słabują; idą na łatwiznę, w stronę tandetnych happy endów, czy tandety w ogóle. Tu mamy do czynienia z przypadkiem odwrotnym - z filmem, który na początku jest nudny, ale z biegiem czasu rozkręca się. Wystarczy tylko przemęczyć się przez pierwszą godzinę, żeby zmierzyć się z prawdziwymi problemami bohaterów i trudnymi decyzjami.
Szkoda, że twórcy nie wpadli na pomysł, aby jakoś seans wcześniej urozmaicić. Akcja wlecze się, zachowania bohaterów są banalne, proste, nieinteresujące. Dopiero gdy wszystko im się, za przeproszeniem, pieprzy, sprawy nabierają kolorytu.
Druga część filmu dostaje ode mnie lepszą ocenę niż pierwsza. Dobre wrażenie na koniec zaowocowało oceną oczko wyższą od przeciętnej, ale tak naprawdę równie dobrze mogło być oczko pod kreską. Taka to nierówna produkcja. Na opak.

Ocena na IMDB: 6,5
Moja ocena: 6

Bigger, Stronger, Faster* (2008)

Plakathttp://www.imdb.com/title/tt1151309/

Rzadko mam do czynienia z filmami dokumentalnymi. Od czasu Michaela Moore'a nauczyłem się, że niewiele dokumentują i naginają prawdę tak bardzo, że słowo "obiektywizm" ucieka z nich ze wstydem, chowa się do szafy i zamyka od środka, by nigdy nie wyjść. Moore pokazał bowiem, jak manipulując zdjęciami, wywiadami i pytaniami pokazać tylko swoje tezy, pozostając głuchym na głosy drugiej strony.
Ciekawe podejście zaprezentował Chris Bell, reżyser i narrator opisywanego filmu. Chłopak raczej niskiego wzrostu zafascynował się kulturystyką. Wciągnął w to swoich braci i zaczęli dźwigać ciężary i brać udział w zawodach. W końcu przestało im to wystarczać, chcieli być więksi, silniejsi. Zaczęli brać sterydy.
Bell uczciwie stara się podejść do tematu - rozmawia z lekarzami, modelami reklamującymi odżywki dla kulturystów, sam przygotowuje własny specyfik. Rozmawia także z atletami, m. in. Carlem Lewisem i Benem Johnsonem.
Wiele z jego filmu można się dowiedzieć, ale też oczywiście wiele rzeczy jest pominiętych. Brakuje rzetelnych badań, czy sterydy rzeczywiście wpływają na poprawę wyników. Czytałem bowiem kiedyś wywiad z polskim ciężarowcem, olimpijczykiem, Marcinem Dołęgą, zdyskwalifikowanym swego czasu na dwa lata za stosowanie środków dopingu. Marcin powiedział, że po odstawieniu dopingu podnosi większe ciężary niż wtedy gdy się wspomagał niedozwolonymi środkami.
W filmie ten wątek nie jest poruszany - jest postawiona teza, że doping pomaga i twórca obraca się tylko wokół tego, dlaczego jest to nielegalne i jak powszechne jest jego stosowanie. Chętnie obejrzałbym drugą część, w której reżyser dopowiada kolejne elementy historii.
Ten film to bardzo ważny głos dotyczący stosowania sterydów. Udowadnia, że powszechna o nich opinia nie ma pokrycia w rzeczywistości. Zdradza także wiele zakulisowych sytuacji dotyczących sportu na najwyższym poziomie. A wszystko to robi w sposób ciekawy, nienużący.

Ocena na IMDB: 7,8
Moja ocena: 8

Happy Go Lucky (2008)

Plakathttp://www.imdb.com/title/tt1045670/

Teoretycznie to film dla kobiet. Przynajmniej tak mi się wydaje. W rolach głównych mamy kobiety, rozmawiają o kobiecych sprawach, więc sprawa powinna być jasna. Próba przeprowadzona na jednym osobniku płci żeńskiej dała jednak stuprocentowy wynik negatywny. Ta sama próba przeprowadzona na jednym osobniku płci męskiej dała identyczny rezultat.
Film mnie nie wciągnął. Historia nauczycielki, która sama nie wie czego chce, nie przypadła do gustu ani mnie, ani mojej żonie. Oglądaliśmy zachęceni dobrymi ocenami, ale z biegiem czasu nasz entuzjazm malał, jak okazywało się, że im dłużej seans trwa, tym mniej obchodzi nas, co dzieje się z główną bohaterką.
Obraz nominowany był do Oscara za scenariusz, ale szczerze mówiąc nie wiem za co. O wiele lepszą historię opowiada opisany na sąsiedniej stronie Kabluey.

Ocena na IMDB: 7,1
Moja ocena: 3

Kabluey (2007)

Plakathttp://www.imdb.com/title/tt0816545/

Niezależny, zrobiony niskim nakładem film, w którym główną rolę gra reżyser i scenarzysta w jednym. Brat odbywającego misję w Iraku żołnierza przyjeżdża pomóc w prowadzeniu domu żonie brata i dwójce jej dzieci. To oficjalna wersja. Nieoficjalna jest taka, że gość jest spłukany i nie ma co ze sobą zrobić, więc wizyta u szwagierki pod dobrym pretekstem była jego pomysłem na przetrwanie. Zmuszony jest też znaleźć sobie pracę. I znajduje - najbardziej bezsensowną z możliwych; ubrany w niebieski strój ma zachęcać kierowców przejeżdżających samochodów do wynajmu powierzchni biurowej.
Nie chcę za wiele zdradzać z fabuły, powiem tylko, że jedna ze scen przejdzie do mojego osobistego kanonu scen komediowych. Już dawno nie popłakałem się ze śmiechu na filmie, a tu przyczyną nieskrępowanej radości był nie jeden gag, tylko cała seria, niczym w Głupim i Głupszym, co powodowało, że już nakręcony, jeszcze bardziej się śmiałem.
Scena jest tak genialna, że warto obejrzeć cały film dla niej. Reszta filmu nie jest tak zabawna, aczkolwiek sprawia przyzwoite wrażenie. Dwa punkty więcej za wspomnianą scenę, więc łatwo wyliczyć ile dostał sam film. Szkoda, że zdjęcia są w większości kręcone w niedoświetlonych pomieszczeniach i sprawiają zupełnie niepotrzebnie przygnębiające wrażenie. Trochę więcej światła mogłoby zmienić odbiór filmu.
Kabluey to dobra historia, opowiedziana w ciekawy sposób z przebłyskiem geniuszu.

Ocena na IMDB: 6,8
Moja ocena: 8

wtorek, 20 października 2009
Harper's Island (2009)

Plakathttp://www.imdb.com/title/tt1232320/

Muszę przyznać, że bardzo jestem zdziwiony, że dopiero teraz ktoś wpadł na pomysł, żeby klasyczny slasher rozciągnąć do poziomu serialu. Popularność tego typu filmów nie maleje i ma swoją ugruntowaną publiczność. Nikt wcześniej empirycznie nie sprawdził czy ta kinowa publiczność przełoży się na popularność telewizyjnego serialu zbudowanego według reguł gatunku.
Takie podejście ma swoje plusy, ale też i sporo minusów.
Największą zaletą jest to, że bohaterów jest więcej, więc i morderca ma o wiele większe pole do popisu. Widz nie jest w stanie przewidzieć, kto zginie następny, w przeciwieństwie do filmu, gdzie liczba możliwych ofiar jest siłą rzeczy mocno ograniczona. Minusem jest to, że twórcy nie do końca potrafili wykorzystać tę moc, a właśnie tu powinna tkwić siła serialu. Aż prosiło się o więcej scen-zmyłek, w których to samotny bohater siedzi w pokoju czy chodzi po tarasie i ktoś się podkrada od tyłu. Owszem, było kilka takich momentów, ale jak na mój gust zdecydowanie za mało.
Drugą zaletą jest pokazanie bohaterów w szerszym świetle; czasu ekranowego jest zdecydowanie więcej, więc można skupić się na przeszłości tych najważniejszych bohaterów. Tu rzeczywiście twórcom się to udało, ale tylko w przypadku Abby. O całej reszcie bohaterów nie wiemy nic. A to też można było zrobić - nawet na podobnej zasadzie jak w Lost - może niekoniecznie każdy odcinek z flashbackiem innego bohatera, ale np. po dwa mignięcia na odcinek, dla różnych bohaterów. No i w końcowej fazie, gdy było już wiadomo, że ktoś z wyspy pomaga mordercy, można było wprowadzać fałszywe tropy, pokazująć mroczne wspomnienia z historii każdej z pozostałych przy życiu osób.
Tych niewykorzystanych zalet znalazłoby się pewnie więcej, ale szczerze mówiąc nie mam siły więcej na ten temat pisać.
Serial okazał się straszliwie schematyczny - wszystko musiało być podręcznikowo, twórcy ani razu nie odstąpili od reguł. Nie było też humoru cechującego każdy porządny slasher. Ogólnie oglądało się przyjemnie, aczkolwiek za ostatnie trzy odcinki obniżam ocenę o jeden punkt, bo fabularnie zostały rozwiązane tak prymitywnie, że szkoda gadać.
Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś ktoś odświeży pomysł i w innej scenerii i w lepszym stylu wróci do konwencji. Może Wes Craven mógłby to nawet swoim nazwiskiem firmować?

Ocena na IMDB: brak (oczekuje na 5 głosów)
Moja ocena: 5

13:42, countersv , Seriale
Link Komentarze (1) »
4 luni, 3 săptămâni şi 2 zile (2007)

Plakathttp://www.imdb.com/title/tt1032846/

Bardzo wysoko oceniany na IMDB rumuński film, poruszający niełatwy temat aborcji w komunistycznej Rumunii, gdy ta była zabroniona, przyciągnął moją uwagę. Długo się do niego zbierałem, bo podejrzewałem, że będzie to mocno dołujący obraz, ale aż tak źle nie było.
Reżyserowi udało się znakomicie oddać obraz komunistycznego kraju, w którym praktycznie każdy towar był dobrem luksusowym, nie do zdobycia normalnymi drogami i trzeba było go sprzedawać pokątnie. W tych czasach studentka podejmuje decyzję o aborcji i prosi koleżankę o pomoc w zorganizowaniu sprawy. Dochodzi do spotkania z lekarzem w pokoju hotelowym.
Ta scena to clue całego filmu. Jest najlepiej przemyślana, najlepiej zagrana i ma rewelacyjne dialogi. Wygląda to tak, jakby cały film był skonstruowany wokół tej sceny. Jest to dla mnie całkiem prawdopodobne, bo też i scena trwa bardzo długo. Niestety, cała reszta - czyli wszystko co wcześniej i później nie jest już tak ciekawe. Do momentu spotkania z lekarzem nie dzieje się wiele, natomiast późniejsze sceny nie są odpowiednim podsumowaniem decyzji bohaterki. Z drugiej strony nie bardzo wiem, jakby można to sensownie podsumować. Być może właśnie zakończenie jest tu kluczowe, tylko do mnie nie trafiło?
Moje bodaj pierwsze spotkanie z rumuńską twórczością nie nastroiło mnie zachęcająco do sięgnięcia po inne produkcje z tego kraju, ale nie zamierzam tracić nadziei.

Ocena na IMDB: 7,9
Moja ocena: 5

The Running Man (1987)

Plakathttp://www.imdb.com/title/tt0093894/

Czasami nasze wyobrażenie o filmie z czasów dzieciństwa nie jest w stanie przetrwać ponownej konfrontacji 20 lat później. A to efekty nadgryzł ząb czasu, a to fabuła nie jest tak dobra, jak nam się kiedyś wyglądało. Ale przede wszystkim dlatego, że od tamtego czasu obejrzało się kilka tysięcy filmów i punkt odniesienia jest zupełnie inny. Szczególnie w moim przypadku, gdy filmy takie jak Uciekinier oglądało się na jedynym DVD na osiedlu. Dobre obrazy rozprowadzane były pocztą pantoflową, o każdym można było długo rozprawiać, bo liczba docierających do nas filmów była tak niska, że każdy seans był wydarzeniem. Teraz filmów jest tyle, że choćby człowiek miał całe życie wolne i tylko oglądał, to wszystkiego nie obejrzy.
Ostatnio kilka opisanych w poprzednim akapicie konfrontacji skończyło się ze szkodą dla mojej pamięci i samych filmów. Więc gdy w telewizji leciał Uciekinier (w HD, chociaż takie HD to ja też potrafię zrobić - zwykły upscaling, ale to temat na kiedy indziej i chyba nie w ramach tego bloga), rozsiadłem się na kanapie z nadzieją na przypomnienie sobie świetnego filmu, ale też z obawą, że po latach produkcja będzie trącić kiczem na kilometr. I tak oglądałem, oglądałem i szukałem tego kiczu i muszę przyznać, że nie znalazłem. Znaczy oczywiście kiczowate są stroje, kiczowate są dialogi i aktorstwo, a już najbardziej kiczowate są onelinery, ale jednocześnie są one tak urocze w swojej kiczowatości, że prawie się popłakałem ze śmiechu. Film ten przypomniał mi lata młodości, gdy jako mały szkrab chłonąłem brutalną rozrywkę przyszłości z największym aktorem kina akcji. I nawet nie zestarzał się za bardzo - fabuła, jak na film akcji, wystarcza w zupełności (dodam, że na podstawie powieści Stephena Kinga, czy też może Richarda Bachmana), efekty ok, chociaż niektóre już trąciły myszką. I wielki Arnie w najlepszej formie, z kamienną miną wygłaszający tubalnym głosem kolejne nieśmiertelne onelinery, niezapomniane nawet po 20 latach.
Prawdziwy klasyk.

Ocena na IMDB: 6,4
Moja ocena: 10

Crossing Over (2009)

Plakathttp://www.imdb.com/title/tt0924129/

Harrison Ford coraz rzadziej pojawia się na ekranach kin. Jego ostatnie filmy zaliczały spektakularne klapy, więc aktor postanowił przyjąć nieco inną taktykę. Po dwóch latach nieobecności pojawił się w Indianie Jonesie (który również został chłodno przyjęty). W tym roku mieliśmy możliwość zobaczenia go tylko w jednym obrazie - kameralnym Crossing Over. Ten film z małym budżetem, ale interesującą obsadą opowiada kilka historii o przekraczaniu granic. Przy czym czasem jest to granica państwa, innym razem granica zupełnie inna, umowna.
Tak naprawdę z całego filmu najlepszy jest tytuł. Kilka historii, w tym właśnie ta ze wspomnianym Harrisonem, są nieciekawe, prościutkie i zupełnie niepotrzebnie w filmie umieszczone. W dodatku ta z Fordem nie ma zakończenia. Żeby było ciekawiej, jako żywo przypomina początek filmu, nomen omen, Bordertown.
Reżyser nie próbował nawet połączyć wątków w całość, część jest zupełnie autonomiczna. Historie przeplatają się na ekranie, każdy dostaje skrawek czasu antenowego, ale tak naprawdę to zbiór pociętych krótkometrażówek, tyle że z niezłymi aktorami.
Przyzwoicie się to ogląda, bo kilka historii jest ciekawych, ale jest to na pewno jednorazowy seans do szybkiego zapomnienia.

Ocena na IMDB: 6,9
Moja ocena: 6

czwartek, 15 października 2009
G.I. Joe: Rise of Cobra (2009)

Plakathttp://www.imdb.com/title/tt1046173/

Stephen Sommers to specjalista od kina akcji pełną gębą. Kręci filmy według podobnych założeń, co Transformers: ma być głupio, śmiesznie i wszystko w koło ma wybuchać. Akcja ma ani na chwilę nie zwalniać. Dwie części Mumii (trzecią na szczęście dla niego kręcił kto inny) umocniły jego miejsce w świecie kina. Nic więc dziwnego, że to jemu powierzono nakręcenie hitu na lato 2009 - wielkobudżetowego G.I. Joe o ściśle tajnej jednostce wysoko wyspecjalizowanych żołnierzy do najtrudniejszych zadań.
I Sommers po raz kolejny potwierdził, że jest w stanie sprostać zadaniu. Nie straszny mu wielki budżet, czy mnogość znanych nazwisk, z których każdy chce mieć swój czas na ekranie. Ba, udało mu się nawet wcisnąć niepostrzeżenie Brendana Frasera, starego znajomego ze wszystkich części Mumii.
Akcji jest sporo. Wszystko podparte świetnymi efektami specjalnymi (Sommers pokazuje, że potrafi zniszczyć symbol miasta nie gorzej od Rolanda Emmericha). Co ciekawe akcję udało się połączyć w ciekawą fabułę, wciągającą i oferującą niezłe zwroty akcji.
Jedyne czego zabrakło, to lepsze onelinery. Jest ich w filmie sporo, ale znakomita większość jest sztuczna i wymyślana na siłę. Kwestie w momencie wypowiadania brzmią strasznie sztywno, jakby aktorzy zdawali sobie sprawę, że to słabe zdanie, ale lepszego nikt nie wymyślił. Przewracałem tylko z rezygnacją oczami, bo zamiast mnie rozbawiać, kolejne jednozdaniówki tylko mnie wkurzały. W końcu postanowiłem je ignorować.
Zakończenie wręcz sugeruje kolejną część, tylko że film w kinach nie poradził sobie najlepiej. Zwrócił się co prawda, ale za wiele nie zarobił, więc nie wiadomo, czy producenci zdecydują się na drugą część. Chociaż jeśli doliczy się do tego zyski z DVD i procent od sprzedaży figurek z filmu, to szansa na kontynuację rośnie. I dobrze, bo G.I. Joe zapewniło mi dwie godziny porządnej rozrywki.

Ocena na IMDB: 5,9
Moja ocena: 7

Surrogates (2009)

Plakathttp://www.imdb.com/title/tt0986263/

Drugi z dzisiaj opisywanych blockbusterów to Surrogates. To nie jest taki typowy wysokobudżetowy film, ale że również traktuje o niedalekiej przyszłości, idealnie pasuje do tego minibloku tematycznego.
Podstarzały Bruce Willis jako wygładzony Bruce Willis. Czasami miałem wrażenie, że w całej produkcji chodziło tylko o to, żeby pokazać Willisa odmłodzonego komputerowo. Rzeczywiście, odmłodzony był, ale ten tupecik niweczył cały misterny plan.
W filmie ludzie nie używają swoich ciał, a posługują się ciałami zastępczymi, produkowanymi przez firmę-monopolistę. Zastępcze ciała nie czują bólu, a jeśli ulegną zniszczeniu, właścicielowi nic się nie dzieje - po prostu kupuje kolejne ciało. A przynajmniej do czasu, bo akcja zaczyna się, gdy policja znajduje dwoje zniszczonych surogatów, a ich właściciele również okazują się martwi.
Film miał spory potencjał, ale zastosowano rozwiązania maksymalnie upraszczające akcję. Jonathan Mostow dał się poznać jako reżyser, który dobrze prowadzi sceny akcji, ale fabularnie nie zachwyca. Tu jest podobnie, bo sceny pogoni po dachach kontenerów, czy pościgu ulicami Bostonu są świetne, ale możliwości fabularne jakie dawało zastosowanie zastępczych ciał zostały sprowadzone do prościutkiej historyjki kryminalnej. Reżyser nie zastanawia się nad zmianami w ludzkim życiu, absolutnie nie zastanawia się nad minusami takiego rozwiązania. Ustanowił tylko rezerwat dla "bezsurogatowców" i jest to według niego jedyny minus wirtualnych ciał. A gdzie tak prozaiczne wady jak odleżyny bądź wręcz zanik mięśni. Już nie mówię nawet o wartości symulacji. Ci, którzy grają w wyścigi samochodowie wiedzą, że nawet te najlepsze nijak nie są wstanie oddać wrażenia towarzyszącego wciskaniu gazu w prawdziwym aucie. Takie ciało z racji ograniczonej reakcji na bodźce zewnętrzne nie jest w stanie oddać prawdziwych wrażeń towarzyszących każdej wykonywanej czynności.
Mostow jednak nie zajmuje się takimi rzeczami. Postawił na akcję i tego się trzyma. Problem w tym, że w filmie wcale tej akcji nie ma za wiele, a cała reszta to taki, nomen omen, surogat. Atrapa, namiastka prawdziwej fabuły i prawdziwego filmu. Niby niczym nie ustępuje rzeczywistości, a jednak.

Ocena na IMDB: 6,5
Moja ocena: 4

Transformers: Revenge of the Fallen (2009)

Plakathttp://www.imdb.com/title/tt1055369/

Nazbierało mi się ostatnio fantastycznych blockbusterów, więc zrobię mały kącik tematyczny i ze wszystkimi się rozprawię. Na pierwszy ogień idą Transformery, których pierwsza część bardzo przypadła mi do gustu, a to z racji wielkich mechów, wybuchów, dowcipnych onelinerów i mnóstwa efektów i akcji. Liczyłem na to, że druga część będzie kontynuować tę tradycję, w szczególności, że ekipa ta sama. I film rzeczywiście tradycję kontynuuje, zgodnie zresztą z pierwszym przykazaniem sequela, że ma być wszystkiego więcej, szybciej i głośniej.
No i jest wszystkiego więcej. Michael Bay poszedł na całość i wyzbył się wszelkich zahamować. Skończyło się tym, że film to jedna wielka feeria wybuchów, walk i jazgotu, w którym po pierwsze nie ma nawet szczątków fabuły, a po drugie tyle się dzieje, że nie da się ogarnąć ekranu. Ale po kolei.
Największy zarzut jest taki, że efekty giną w beznadziejnej pracy kamery. Nie wiem, kto wymyślił taki, a nie inny sposób kręcenia, ale kompletnie się to nie sprawdza. Pomysł walki mechów w zagajniku przy zwykłej statycznej kamerze na pewno sprawdziłby się o wiele lepiej niż przy szalejących, krótkich ujęciach. Nie widać kompletnie nic, nie wiadomo kto się leje z kim, kto wygrywa i komu kibicować. Po części wina tkwi w animatorach, którzy pokolorowali Optimusa na czerwono, Bumblebee na żółto, a całą resztę robotów zrobili na szaro i w dodatku bardzo do siebie podobnych. Nie wiadomo, kto jest kim, wszystkie roboty wyglądają tak samo i nie da się dojść czy to Autobot przywalił pniem w Deceptikona, czy odwrotnie. I to jest drugi zarzut.
Trzecim jest całkowity brak fabuły. No bo jaki sens ma gonienie za jakimś skrawkiem sześcianu, gdy do dyspozycji Deceptikownów pozostaje cała reszta bez tego skrawka. A skoro malutki skrawek ożywia sprzęty kuchenne, to cała reszta sześcianu powinna z powodzeniem wystarczyć do ożywienia produkowanej armii. Najwyżej niech te roboty będą 10% mniejsze, czy coś. Kompletny bezsens.
Bohaterowie drugoplanowi to inna bajka. W takim filmie bohater drugoplanowy, niczym w animacji Disney'a powinien z założenia wprowadzać element komiczny, sypać jednowierszówkami i ogólnie rozbawiać. Ekipa informatycznych nerdów to jakaś kompletna pomyłka, bo w żadnym momencie nie są śmieszni, za to nieustannie denerwujący.
Czy są jakieś zalety tego filmu? Tak, dwie. Konceptowy Chevrolet wygląda znakomicie. Megan Fox takoż.
Transformers 2 to najgorszy blockbuster od lat. Mocno się zastanawiam, czy nie najgorszy w ogóle, bo jak daleko sięgam pamięcią, nie przypominam sobie wielkobudżetowego filmu akcji, który tak bardzo by mnie zawiódł.

Ocena na IMDB: 6,2
Moja ocena: 1

Stop-Loss (2008)

Plakathttp://www.imdb.com/title/tt0489281/

Sierżant Brandon King wraca z misji w Iraku do rodzinnego miasteczka. W Azji dowodził oddziałem żołnierzy, który został wciągnięty w zasadzkę. Część chłopaków zniknęła i King musi uporać się z poczuciem winy. Ma mu w tym pomóc specjalny przepis, który mówi, że żołnierz tracący w boju kolegów ma prawo do dłuższego odpoczynku od armii (tytułowe stop-loss). King chce odbudować swoje życie i relacje z najbliższymi, jednakże armia ignoruje przepis i każe mu się stawić na kolejną misję.
Interesujący dramat pokazujący grupę żołnierzy, którzy w oczekiwaniu na powrót do Iraku próbują spędzać czas. Jeden próbuje ułożyć sobie życie, drugi nie może się doczekać wyjazdu, jeszcze innemu świat się zawalił, bo w wojsku był kimś, a tu nie może się odnaleźć.
Twórcom filmu udało się skonstruować niezłych bohaterów z niebagatelnymi problemami, których tak naprawdę nie ma kto rozwiązać. Dla armii liczą się tylko rozkazy, przyjaciele nie są w stanie pomóc, bo są w identycznej sytuacji, a niewidziana od długiego czasu rodzina nie potrafi zrozumieć złożoności problemu. Z rodziną jest jeszcze o tyle dobrze, że potrafi okazać bezwarunkowe zaufanie, tak potrzebne w sytuacji głównego bohatera.
Dawno nie widziałem na ekranie Ryana Phillippe. Ostatnio gra rzadziej, ale potrafi dobrze wcielić się w rolę. Tu mu się udało, a partnerują mu m. in. Channing Tatum i często ostatnio pojawiający się Joseph Gordon-Levitt (a przy okazji grający naprawdę wszechstronnie i mogą być z niego ludzie).

Ocena na IMDB: 6,6
Moja ocena: 7

wtorek, 13 października 2009
Last House on the Left (2009)

Plakathttp://www.imdb.com/title/tt0844708/

Grecki reżyser Dennis Iliadis postanowił nakręcić remake debiutu jednego z najsłynniejszych reżyserów filmów grozy, Wesa Cravena. Zremakowano już jego Hills Have Eyes, lada dzień w kinach pojawi się nowy Koszmar z ulicy Wiązów, a przecież Craven wciąż kręci swoje filmy. Dla jego naśladowców to kolejne 35 lat remakowania.
Tymczasem na warsztat wzięto dość kameralny horror. Dwie dziewczyny szukają rozrywki na wieczór w postaci marijuany, ale zamiast tego, trafiają w sam środek koszmaru, gdy pojawia się rodzina młodocianego sprzedawcy. Rozpoczyna się walka o życie.
Film jest brutalny, w niektórych momentach wychyla się mocno poza granicę umowności w stronę obrzydliwego, przerysowanego pseudorealizmu. Na szczęście jest takich scen tylko kilka i można je przeboleć, choć jest ciężko. Co jest w nim dobre, to ciekawa fabuła, która jest odmienna od tysiąca podobnych produkcji. Nie wiem, na ile fabuła ta zgodna jest z oryginałem (podejrzewam, że bardzo, inaczej nie byłby to tak dobry film), ale rzeczywiście wciąga. Bohaterowie zachowują się zgodnie z rolą, nie ma rozwiązań umownych, każdy milimetr wolności bohaterka musi sobie wywalczyć i zapłacić za tę walkę straszliwą cenę.
Dobra jest gra aktorska. Niby nie ma co wiele wymagać od ofiary, dopóki robi przerażone miny i głośno krzyczy, a od oprawców, żeby groźnie spoglądali i grobowym głosem wypowiadali mrożące krew w żyłach kwestie, a jednak, jak pokazuje doświadczenie, często jest to ponad siły członków obsady. Tym razem wszyscy zagrali na poziomie, co również należy zapisać na plus.

Ocena na IMDB: 6,7
Moja ocena: 7

poniedziałek, 05 października 2009
Czarnoksiężnicy z krainy osobliwości

OkładkaW marcu opisałem zbiór opowiadań Czarujące Obiekty Latające. Dostałem oba w jednym czasie w prenumeracie Nowej Fantastyki i wziąłem pierwszy z brzegu. Okazało się, że to tom drugi, a tomem pierwszym jest ten z poniższej recenzji.
Drugie-pierwsze spotkanie z najlepszymi anglosaskimi nie było dla mnie takim przeżyciem jak pierwsze. Wciąż co prawda znajdują się teksty znakomite, jak choćby Isaaca Asimova. Ale jest też sporo słabych, które na pewno nie zachęciły mnie po bliższe zapoznanie się z twórczością autora. Zbiór jest bardzo nierówny, co przeczy przedmowom do każdego tekstu wychwalającym pod niebiosa kolejnych pisarzy.
Oczywiście nie jest tak, że w Czarujących... były tylko świetne teksty. Było kilka słabszych, ale jednak większość prezentowała wysoki poziom. Tu stosunek dobrych do słabych jest odwrotny.

Moja ocena: 6

Arturo Perez-Reverte - Fechmistrz

OkładkaTo moje pierwsze spotkanie z tym autorem. Arturo Perez-Reverte jest często porównywany z Aleksandrem Dumas, bo tak jak on, tworzy wielopłaszczyznowe intrygi z obowiązkowym wątkiem miłosnym, pisane przystępnym językiem. I rzeczywiście Fechmistrz idealnie nadaje się na porównanie ze słynnymi Trzema Muszkieterami, bo mimo że akcja umiejscowiona jest w zupełnie innych czasach, to wciąż walka na szpady stoi tu na pierwszym miejscu. A to za sprawą mistrza fechtunku, który znajdzie się w samym środku politycznej intrygi.
Powieść jest relatywnie krótka. Największym jej mankamentem jest polityczne tło. Pisarz za wszelką cenę chciał przybliżyć czytelnikowi Hiszpanię w burzliwym okresie rewolucji, ale słabo mu się to udało. Historia przekazywana jest przez rozmowy przyjaciół w kawiarni, ale dialogi są sztuczne, fakty historyczne specjalnie wplątane w kolejne kwestie, męczą i powodują przebieganie wzrokiem po kartach w szukaniu akcji. Sama fabuła jest skonstruowana poprawnie, ale odsysając kupę miejsca straconego na polityczne dywagacje, nie zostało miejsca na wiele zwrotów akcji. Jest ciekawie, ale raczej sztampowo. Najlepszy, obok głównego - kryminalnego, jest wątek miłosny. Tu Perez-Reverte rzeczywiście pokazał swoje możliwości. Szkoda, że konstrukcja fabuły wymusiła maksymalne jego skrócenie.
Słabe jest również zakończenie. Wcześniej tylko raz miałem do czynienia z hiszpańskim autorem (Carlos Ruiz Zafon - Cień Wiatru), w którym był bardzo podobny mankament. Mianowicie rozwiązanie intrygi podane jest Deus Ex Machina, w dodatku wlecze się niemiłosiernie przez bodajże 20 stron. Tu jest wyznanie osobiste, które również się ciągnie, i które również zamieszczone jest na siłę. Tak jakby obu autorom brakło sprawnego połączenia wątków i wszystko trzeba łopatologicznie wyjaśnić.
Myślę, że sięgnę jeszcze po tego autora, chociaż Fechmistrz mnie nie zachwycił. Na pewno wcześniej przeczytam drugą powieść Ruiza Zafona.

Moja ocena: 6

Dark Blue (2009)

Plakathttp://www.imdb.com/title/tt1319636/

Nowy amerykański serial, który przypadkiem odkryłem podczas wakacji w Stanach. Akurat trafiłem na pierwszy odcinek i bardzo mnie wciągnęło. Serial traktuje o grupie policjantów pracujących pod przykrywką, żeby rozpracowywać handlarzy narkotyków, przemytników, porywaczy czy skorumpowanych funkcjonariuszy. Główna rola powierzona została Dylanowi McDermottowi, dawno niewidzianemu na ekranie.
Grupa w każdym odcinku ma do rozwikłania jedną sprawę. Każdy epizod to jedna akcja, a wspólnym mianownikiem są osobiste perypetie bohaterów. Co mnie urzekło w tym serialu to idealne proporcje pomiędzy wartką akcją i osobistymi przeżyciami. Często też trudno to rozróżnić, ale nic dziwnego, jak w każdym odcinku jest się o krok od śmierci.
Świetne są dialogi, szczególnie na początku, w późniejszych odcinkach, gdy styl nieco okrzepł, już tak nie fascynują. Ale na początku robią wrażenie, bo bohaterowie nie rozmawiają o głupotach - tu wszystko jest poważne i bardzo często od kolejnego zdania zależy być albo nie być.
Znakomicie podpasowali aktorzy. McDermott jako "Książę Ciemności", jak nazywa go żona jednego z policjantów w pierwszym odcinku jest świetny. Nie szokuje jakąś przesadną mimiką, ale idealnie sprawdza się w roli szefa komórki. Logan Marshall-Green jest najmocniejszym punktem obsady, jego postać twardziela, który zawsze daje z siebie 110%, przez co często może wyglądać, jakby przeszedł na drugą stronę jest znakomita, a aktor potrafi wydobyć wszystkie jej rozterki. Najsłabszym ogniwem jest Omari Hardwick jako Ty Curtis, ale pod koniec sezonu przebąkuje coś o odejściu, więc być może w następnym sezonie zobaczymy inną postać. Mam nadzieję, że będzie następny sezon, bo te 10 odcinków, które obejrzałem w pierwszym zrobiło mi apetyt na następne.

Ocena na IMDB: brak (oczekuje na 5 głosów)
Moja ocena: 8

15:09, countersv , Seriale
Link Dodaj komentarz »
Symetria (2003)

Plakathttp://www.imdb.com/title/tt0381637/

Oglądając Felon nie mogłem uciec od porównania go z "naszym polskim więzieniem", a w zasadzie jego wyobrażeniem, widzianym oczami Konrada Niewolskiego. Historia jakby podobna, choć różna w szczegółach. Czasami zastanawiałem się, czy przypadkiem Felon nie jest amerykańską wersją tego filmu, w której kilka szczegółów pozmieniano. Tam mieliśmy pokazaną scenę ataku na włamywacza, więc wątpliwości co do winy głównego bohatera nie mamy (choć oczywiście powinien być uniewinniony). Tutaj policja zgarnia dwudziestolatka z ulicy, który samotnie wraca do domu. Nie wiemy co robił wcześniej, polegamy tylko na jego wyjaśnieniach. Nie przekonuje nas jedyny świadek - staruszka, która wskazuje go na okazaniu.
Młody chłopak w błyskawicznym tempie przechodzi kurs przystosowawczy. Nie ma tu takiej brutalności jak w amerykańskim obrazie, ale nie znaczy to wcale, że bohater nie musi codziennie na siebie uważać. Nawet nie wiem, czy ta sytuacja nie jest gorsza, bo Wade Porter w zasadzie wiedział, co go czeka każdego dnia na spacerniaku. Łukasz musi oglądać się za siebie, bo nie wie kiedy i z której strony może nadejść niebezpieczeństwo.
Niewolski znakomicie pokazuje przemianę głównego bohatera. W Felon, Wade robi co musi robić, ale nie zmienia się - zostaje tym samym człowiekiem (poza tym, że pewnie lepiej się bije). W Symetrii bohater dostosowuje się do panujących warunków, wsiąka w system, godzi się z nim. Po pewnym czasie zauważa, że w zasadzie tu czuje się lepiej niż na zewnątrz. Przesłanie płynące z tego filmu jest o wiele bardziej przerażające. Felon nie potrafił tego przekazać, Polakowi 5 lat wcześniej się udało. Symetria to najlepszy polski film XXI wieku, przynajmniej z tych, które widziałem.

Ocena na IMDB: 7,9
Moja ocena: 10

Felon (2008)

Plakathttp://www.imdb.com/title/tt1117385/

Wade Porter, szef małej firmy budowlanej zostaje skazany za zabicie uciekającego włamywacza. Idzie z sądem na ugodę i dostaje niewielki wyrok. Problem w tym, że już w autobusie jenieckim dochodzi do incydentu, w który zostaje wplątany. Brak współpracy z władzami w tej sprawie skutkuje wydłużeniem odsiadki. A problem w tym, że to przybytek dla najcięższych zbrodniarzy, którzy agresję wyładowują na współwięźniach przy aprobacie sadystycznego szefa straży.
Amerykańskie więzienie i wymiar sprawiedliwości pokazane są w tym filmie bardzo stereotypowo. Nie wydaje mi się, aby w rzeczywistości dokładnie tak wyglądała rzeczywistość. Za to ma to znakomity walor edukacyjno-propagandowy; mimo że piszę, że nie wierzę, to za żadne skarby nie chciałbym się na własne oczy przekonać.
Wade walczy o życie, bo szybko przekonuje się, że tylko agresją może wywalczyć sobie względny spokój. Nie rozumie tego jego żona, której nie może zdradzić szczegółów, bo strażnicy słuchają. Ona coraz bardziej oddala się od niego, w końcu przestaje go odwiedzać. Dom, który kupili na kredyt jest zmuszona sprzedać, bo bez przychodów męża nie jest w stanie go w terminie spłacać. Każde z nich prowadzi walkę o życie i pochłonięte swoimi problemami nie jest w stanie zrozumieć drugiej strony.
Kręcony na małej przestrzeni obraz jest pełen ekspresji. Znakomicie gra Stephen Dorff, który jest oczywiście w środku akcji, ale dobry jest też Val Kilmer jako więzień z dożywociem, czy Harrold Perrineau jako strażnik-oprawca.
A najlepsze jest to, że film ten traktuje się nie tylko jako przestrogę, o czym wspominałem, ale także jako świetną (choć mocno brutalną rozrywkę). Wysoka ocena na IMDB jest jak najbardziej zasłużona.

Ocena na IMDB: 7,8
Moja ocena: 8

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 62