|
|
<
|
Luty 2010 |
>
|
|
| Pn |
Wt |
Śr |
Cz |
Pt |
So |
N |
|
1
|
2
|
3
|
4
|
5
|
6
|
7
|
|
8
|
9
|
10
|
11
|
12
|
13
|
14
|
|
15
|
16
|
17
|
18
|
19
|
20
|
21
|
|
22
|
23
|
24
|
25
|
26
|
27
|
28
|
Zakładki:
O filmach
O sporcie
Rodzina
Spis filmów (A-G)
Spis filmów (H-M)
Spis filmów (N-S)
Spis filmów (T-Z)
Spis książek (A-M)
Spis książek (N-Z)
Spis seriali
Skala ocen:
1 - kijem nie tykać
2 - omijać z daleka
3 - beznadziejne
4 - słabe, ale z przebłyskami
5 - typowy przeciętniak
6 - można obejrzeć
7 - dobre!
8 - świetne, trzeba zobaczyć
9 - prawdziwy hit
10 - film doskonały, kultowy
Wpisy w 2010:
Filmy obecne: 49
Filmy arch.: 13
Książki obec.: 5
Książki arch.: 0
Seriale: 10
Wpisy w 2009:
Filmy obecne: 174
Filmy arch.: 84
Książki obec.: 31
Książki arch.: 42
Seriale: 18
Wpisy w 2008:
Filmy obecne: 268
Filmy arch.: 231
Książki obec.: 38
Książki arch.: 13
Seriale: 14
Wpisy ogółem:
Filmy obecne: 657
Filmy arch.: 413
Książki obec.: 97
Książki arch.: 85
Seriale: 54
|
wtorek, 09 lutego 2010
Avatar (2009)
http://www.imdb.com/title/tt0499549/
To już dzisiaj. Nadszedł ten dzień. Półtora miesiąca po seansie w kinie wreszcie doszedłem w zaległościach do najgłośniejszej premiery zeszłego roku. W tym czasie najnowsze dziecko Jamesa Camerona (i jak wieść niesie, najdroższy film w historii, chociaż tu akurat informacje są sprzeczne) pobił rekord wszech czasów, należący od 12 lat do Camerona. Ma więc najlepszy reżyser świata na koncie dwa najbardziej dochodowe filmy w historii kina. Przy czym Titanic pracował na swój wynik niemal rok, Avatarowi, żeby go zdystansować i przekroczyć barierę dwóch miliardów dolarów wystarczyło 7 tygodni. Można też mówić o innym osiągnięciu reżysera. Jest to bowiem drugi jego film fabularny z rzędu, który wędruje na pierwsze miejsce listy najlepiej zarabiających. Po Titanicu Cameron reżyserował tylko dokumentalny Aliens from the deep, oraz kilka innych dokumentów, także na potrzeby I-Maxa. W międzyczasie skupił się na projektowaniu technologii 3D, która zrewolucjonizuje przemysł filmowy. Avatar jest pierwszym widocznym efektem 12 lat jego pracy. Czy to rzeczywiście rewolucja? Avatar to pierwszy film w pełni trójwymiarowy. To znaczy, że trójwymiar po prostu jest. Nie dodany na siłę, jak we wszystkich dotychczasowych filmach, nie w postaci lecącego w stronę widza urwanego śmigła raz na pół godziny, tylko w każdej sekundzie filmu. Nie oznacza to, że wszystko chce widza zjeść. Właśnie nie. Tu podejście było zupełnie inne - to jest film trójwymiarowy, a nie pojedynczy efekt w nim. Ktoś powie, że jaki zysk z trójwymiaru, skoro nic w moją stronę nie leci. No pewnie żaden, ale tak samo można powiedzieć o dźwięku w kinie, czy kolorze. Też się kiedyś zastanawiano po co. I w miarę rozwoju technologii oczywiście technologia pójdzie do przodu i 3D będzie coraz bardziej naturalne, aż wreszcie nie będziemy (mam nadzieję, że my, a nie nasze dzieci) sobie w stanie wyobrazić, że kiedyś można było dobrze się bawić bez specjalnych okularów. Wydał także Cameron największe pieniądze na efekty specjalne. Zastosowana technika motion capture (można poszukać na YouTube, jak kręcili te sceny w kostiumach z nałożonymi uszami) dała wrażenie realizmu, w którym renderowane postaci mimiką twarzy nie odbiegają od zwykłej gry aktorskiej. A wykreowane komputerowo wiszące wyspy, zapierające dech scenerie robią ogromne wrażenie. Oczywiście, jak to w przypadku filmów głośnych, opinie są najprzeróżniejsze. Na IMDB na ponad 180 tysięcy głosów, prawie 90 tysięcy to oceny 10. Ale jest też prawie 6 tysięcy ocen 1. Podobnie przedstawiają się opinie tych, którzy chcą zabrać głos czy to w postaci wpisów na blogach, czy komentarzach pod nimi. Entuzjaści są impregnowani na jakiekolwiek zarzuty, antagoniści wytykają prymitywną fabułę i wysyłają sobie opisy do Pocahontas ze zmienionymi imionami bohaterów, żeby pasowały do produkcji Camerona. Nie da się ukryć, że ani aktorstwo, ani fabuła nie powalają. O ile argument o słabej grze aktorskiej można zignorować (w którym filmie Camerona, poza Titanikiem aktorzy prezentowali się znakomicie? Bo przecież na pewno nie w Aliens, Terminatorze, czy True Lies? A przecież nie da się zaprzeczyć, że to filmy świetne), o tyle prostacka fabuła ciąży nad filmem. Można oczywiście bronić jej używając dowolnych argumentów od uniwersalności przesłania, po "przecież wszystko już było". Bardziej od samej fabuły denerwowały mnie co niektóre rozwiązania szegółowe, np. gdy Trudy odmawia strzelania do drzewa i rejteruje z miejsca akcji, kilka chwil później nieniepokojona uwalnia więźniów. Można udawać, że jej odwrót nie został zauważony w ferworze walki, ale szczerze w to wątpię i o wiele bardziej prawdopodobny scenariusz był taki, że tuż po powrocie zostanie aresztowana i osadzona w celi, być może nawet z tymi, których później oswobodziła. Z drugiej strony rozbawiło mnie Unobtainium, nazwa metalu wydobywanego na Pandorze, a tak naprawdę żart Camerona. I Giovanni Ribisi, który z kamienną miną mówi, że to najcenniejszy minerał dla ziemskich korporacji. Ciekawe ile dubli musiał wykonać, zanim był w stanie bez wybuchu niekontrolowanego śmiechu wypowiedzieć tę nazwę? Może niewiele, wszak to znakomity aktor. O Avatarze można pisać jeszcze długo. Mogę z łatwością wylać z siebie co najmniej drugie tyle tekstu nie powtarzając się. Już samo to jest potwierdzeniem, że to ważny film. O nieważnych, słabych nikt dyskutować nie chce. A nawet jeśli, to więszość szybko zapomina i dyskusja staje się niemożliwa, gdy większość rozmówców w zasadzie nie ma o czym mówić, bo z fabuły pamięta tylko ogólny zarys. Natomiast z całym przekonaniem twierdzę, że jest to film przełomowy. Już pojawiły się głosy, jakoby George Lucas wyściubił nos ze swojej hacjendy i rzekł, że skoro tak, to on nakręci nową trylogię Gwiezdnych Wojen. Będzie to oczywiście 3Dlogia. Twórcy rzucili się na 3D, bo Cameron wytyczył im kierunek. Pokazał co zrobić z tym trzecim wymiarem, nieśmiało i bez koncepcji stosowanym do tej pory. I tak jak kiedyś Terminator 2 w dziedzinie efektów, tak teraz Avatar w technice 3D wytycza nowe standardy, do tej pory nieosiągalne w technice kinowej. On pokazał, że można. Znowu. Avatar ma na koncie 9 nominacji do Oskarów. Moim skromnym zdaniem w kategoriach efektów jest bezkonkurencyjny. Czy wygra w kategorii Najlepszy Film, albo Najlepszy Reżyser? Moim zdaniem nie powinien, bo były w tym roku filmy lepsze jako filmy. Co nie zmienia faktu, że w niektórych, tych najbardziej widowiskowych aspektach, film Camerona jest lata przed konkurencją. I tak jeszcze na koniec naszła mnie taka myśl. Dla wszystkich tych, którzy czują się zawiedzeni, lub oszukani. Czy Cameron mówił wam, że to będzie super głębokie dzieło z rewelacyjnym aktorstwem? Nie, powiedział, że da wam kino, jakiego jeszcze nie widzieliście. A widzieliście? Ocena na IMDB: 8,6 Moja ocena: 10
This Is It (2009)
http://www.imdb.com/title/tt1477715/
Reportaż z przygotowań do wielkiego tournee Michaela Jacksona. Film przygotowywany w pośpiechu, aby jak najszybciej trafił do kin po informacji o nagłej śmierci gwiazdora. Tak naprawdę twórcą filmu powinien być jedynie montażysta, bo wszystkie materiały były nagrane wcześniej, być może z myślą o dodatkach w wersji blue-ray i dvd z trasy koncertowej. Tymczasem okazało się, że to właśnie są najważniejsze zdjęcia, bo trasy nie będzie. Przyjemnie było popatrzeć, jak sterany życiem pięćdziesięcioletni gwiazdor, nękany rzekomo chorobami, rusza się jak dwudziestolatek, a śpiewa jak za swoich najlepszych lat. Co mi się nie podobało, to pokazanie Jacksona w samych superlatywach. Nie wierzę, że to człowiek-kryształ, któremu cała ekipa nadskakuje. Służalczy ton w reakcji na każdą uwagę Jacksona był aż żenujący. Na pewno można było wybrać fragmenty ciekawsze, z bardziej ożywioną dyskusją na temat aranżacji, z bardziej konretnymi uwagami gwiazdora, a nie takie rozmyte. Wierzę, że Jackson ma w sobie tyle charyzmy, że spokojnie mógł i tancerzom i chórkom i nawet muzykom pokazać, jaki efekt chce osiągnąć. Natomiast na pewno jest to wartościowy film z racji tego, ile możemy się o planowanej trasie dowiedzieć. Gdyby nie to, nie wiedzielibyśmy nic o jej wyglądzie, repertuarze, czy kondycji gwiazdora. I podejrzewam, że skutecznie ukróciło to sprzedaż wspomnień członków ekipy. Bo kto teraz będzie zainteresowany wydaniem książki, skoro wszystko było na filmie? This is it pokazuje może jedną dziesiątą procenta przygotowań do wielkiej trasy koncertowej Michaela Jacksona. I może jeden procent ostatecznego wyglądu tej trasy. A mimo to odsłania naprawdę wiele i gdy machnie się ręką na ewidentne gloryfikowanie króla popu, to wciąż jest świetny i wzruszający film. Ocena na IMDB: 7,4 Moja ocena: 8
Harry Potter and the Half-Blood Prince (2009)
http://www.imdb.com/title/tt0417741/
Harry Potter wraca do formy. Po przeciętnej części piątej, zekranizowanej, co ciekawe ze świetnej powieści, tym razem dostajemy świetną ekranizację części, która poziomem nieco spadła. Znakomicie scenarzyści uwypuklili kluczowe wątki, pominęli niepotrzebne i w efekcie dostaliśmy świetny film, który godnie przywraca należne tej serii miejsce. Harry Potter wspólnie z Dumbledorem wyruszają w niebezpieczną podróż, aby unieszkodliwić Voldemorta. Profesor wyznacza Harremu bardzo trudne zadanie, a w dodatku sam porywa się na coś, co przerasta nawet jego niebanalne umiejętności. W dodatku śmierciożercy wykazują wzmożoną aktywność. Wszystko zmierza do ostatecznej rozgrywki. Na ostatni rozdział filmowej sagi poczekamy jeszcze trochę (przypomnę, filmowa ekranizacja Harry Potter and Deadly Hallows będzie rozbita na dwie części). Tymczasem Davidowi Yatesowi udało się stworzyć ekranizację właśnie taką, jak powinna wyglądać. Scenarzysta Steve Kloves powrócił do serii (nie uczestniczył przy piątej części, co pewnie tłumaczy słaby scenariusz) i od razu widać poprawę. Perypetie paczki przyjaciół są znowu wciągające, pełne akcji. Nie brakuje efektów specjalnych, ale stanowią one tło, a nie pierwszy plan historii. Mimo to robią wrażenie. Harry Potter and the Half-Blood Prince to bardzo umiejętne połączenie scenariusza, reżyserii, efektów i gry aktorskiej. Ponieważ Yates i Kloves wracają na ostatnie dwa filmy serii, nie czuję niepokoju o poziom finału. Wiem, że będzie dobrze. Ocena na IMDB: 7,4 Moja ocena: 8
Deadline (2009)
http://www.imdb.com/title/tt1242618/
Lubiłem Brittany Murphy. Lubiłem jej grę, potrafiła znakomicie wcielić się w rolę. Brak sukcesów zawdzięczała chyba swojemu charakterowi, ale nie można powiedzieć, żeby była nieznana, niedostrzeżona. Ostatni film z nią, który widziałem, już po informacji o jej przedwczesnym odejściu to Deadline. To historia scenarzystki, która, aby się wyciszyć i skoncentrować, bo terminy gonią, jedzie do opuszczonego domu na odludziu. W domu tym znajduje stare taśmy do kamery i po trochu odkrywa historię poprzednich mieszkańców. Dość kameralny dramatohorror, w którym na ekranie jest praktycznie tylko Murphy. We flashbackach pojawiają się inne postaci, ale całą fabułę ciągnie Brittany. Aktorsko dawało jej to duże możliwości. Nie do końca je wykorzystała, ale i tak wypadła przyzwoicie. Szkoda, że wszystko dookoła, począwszy od fabuły, skończywszy na pozostałych postaciach, nie wyszło. Murphy była najjaśniejszym punktem tego słabego filmu. Fabuła jest przewidywalna, włącznie z modnym ostatnimi czasy zakończeniem. Nie będę go zdradzała, ale podczas końcowego twistu przewróciłem tylko oczami i westchnąłem z rezygnacją, że znowu to samo. W filmie tym występuje Marc Blucas, którego widziałem wcześniej w filmie Killing Floor. I ten film miał bardzo podobne zakończenie. Zbieg okoliczności? Deadline momentami przypomina japońskie filmy grozy. Ale tylko momentami. Buduje atmosferę, ale nie potrafi stopniować napięcia. Po półgodzinie filmu w zasadzie osiąga maksymalny pułap i więcej nie można w nim uzyskać. W oglądanie szybko więc wkrada się nuda, później ziewanie, a pewnie i znaleźli się tacy, co przysnęli na seansie. A to najgorsze co może spotkać film. Ocena na IMDB: 4,2 Moja ocena: 4
niedziela, 07 lutego 2010
Veronika decides to die (2009)
http://www.imdb.com/title/tt1068678/
Sarah Michelle Gellar ostatnio pojawia się w niskobudżetowych ambitnych projektach. Chwała jej za to, ale podejrzewam, że nie przysparza sobie tym popularności. Szczególnie, że kolejne filmy nie zachwycają. Tym razem wcieliła się w tytułową Veronikę, która próbuje odebrać sobie życie. Próba jest nieudana i niedoszła samobójczyni ląduje w szpitalu psychiatrycznym. Tu okazuje się, że pacjentami wcale nie są stereotypowi "krejzole" tylko osoby o innym od ogólnie przyjętego odbiorze świata. Tutaj dopiero Veronika dostrzega czym jest prawdziwe piękno życia. Przyznaję bez bicia, że nie czytałem żadnej książki Paulo Coelho. Co ciekawe, ten popularny pisarz praktycznie nie jest ekranizowany. Cztery tytuły, przy czym dwa ekranizowane po dwa razy, to daje wcale nieimponujące sześć pozycji. Na pisarza o takim nazwisku to bardzo mało. Nie chcę wnikać w przyczyny takiego stanu rzeczy, tym bardziej, że nie mam bladego pojęcia o jego pisarstwie. Ale na podstawie tej jednej ekranizacji podejrzewam, że jednak trudno przenieść jego styl na ekran. A przynajmniej w tym jednym konkretnym przypadku to się nie udało. Veronica decides to die to film nieprzemyślany. Nie wnikam w to, jak bardzo jest wierny literackiemu pierwowzorowi, bo nie o to tu chodzi. Problem w tym, że w zasadzie nie wiadomo co reżyser chce przekazać. Że życie jest piękne? Że Veronika dostała drugą szansę i musi ją wykorzystać? A może wreszcie, że cel uświęca środki? A tak, mamy tu bowiem eksperymentalne podejście do pacjenta (ciekawe, że w filmach o psychiatrach, albo psychologach praktycznie zawsze jest eksperymentalne podejście do pacjenta. Albo przynajmniej ortodoksyjne), które polega na wciśnięciu mu (w tym konkretnym przypadku: jej) wielkiego kłamstwa. A wszystko to po to, żeby przekazać tezę: żyj, jakby każdy twój dzień był ostatnim. No świetnie, ale spróbujcie zrobić to w rzeczywistości. Przepuszczenie całej wypłaty na noc w barze go-go może się wydawać świetnym pomysłem na spędzenie ostatniego dnia. Problem w tym, jak rankiem obudzi was wściekła żona. Wtedy naprawdę będziecie żałować, że to nie był wasz ostatni dzień. Ocena na IMDB: 6,7 Moja ocena: 4
The Hunt for Gollum (2009)
http://www.imdb.com/title/tt1323925/
Niedawno sieć obiegł amatorski film o polowaniu na Golluma. Fani Tolkiena rozpływali się w zachwytach, obwoływali tę produkcję najlepszym filmem fanowskim, który jakością dorównuje filmom Jacksona. Niektórzy twierdzili wręcz, że je przewyższa. A jak jest w rzeczywistości? Jak na amatorskie nagranie to rzeczywiście nie jest źle. Dobre są scenografie, kostiumy, znakomity był pomysł z Gollumem, który przez cały czas wije się w worku i nie trzeba było korzystać z techniki komputerowej, albo czasochłonnej charakteryzacji. Raz na jakiś czas wyściubi nos z wora, ale w większości widać tylko miotające się w worku kończyny. Z drugiej strony leży aktorstwo, choreografia walk, czasami praca kamery. Również scenariusz nie jest niczym specjalnym - ot idzie facet z Gollumem w worku, od czasu do czasu zgładzi Orki, żeby nudno nie było. Widać braki w filmowym doświadczeniu twórców, co może być usprawiedliwieniem na stronę techniczną, ale już scenariusz prawdziwi pasjonaci mogli wymyślić lepszy. Opowiadania o przewyższeniu produkcji Jacksona można włożyć między bajki. To tak jakby miłośnicy Syrenki głosili jej przewagę nad Porsche. Też silnik z tyłu i nadwozie coupe, ale wszystko inne bez porównania. Plus za fanowską produkcję, pomysł z Gollumem i charakteryzację Orków. Można śmiało nazywać to prawdziwym filmem. Tyle, że niezbyt dobrym. Ocena na IMDB: 7,2 Moja ocena: 5
Pandorum (2009)
http://www.imdb.com/title/tt1188729/
Oficer budzi się z hibernacji na statku kosmicznym. Nie może przypomnieć sobie kim jest, ani co to za misja. Wspólnie z drugim wybudzonym, próbują dowiedzieć się, gdzie podziała się reszta załogi, dokąd lecą i czy można uruchomić martwe systemy statku. Oglądając zwiastun, stwierdziłem, że nic dobrego z tego filmu nie wyniknie. I rzeczywiście, Pandorum nie powala, chociaż nie można go też nazwać porażką. Pierwsza część jest schematyczna - tu coś zapiszczy, tam coś zaryczy, wszędzie ciemno, a widz się boi. Wielkiej filozofii w tym nie ma, ale ogląda się przyzwoicie. W tle ciekawa zagadka, którą trzeba rozwiązać, a na pierwszym planie Dennis Quaid i Ben Foster. Później coś zaczyna gonić Fostera (Quaid siedzi bezpiecznie odcięty w centrum dowodzenia), a ten uciekając natrafia na innych ocalałych. I dochodzimy do drugiej części, która również toczy się schematycznie, ale tory, na które weszła, zupełnie mi nie odpowiadały. Jakieś hordy mutantów grasujące po pokładzie. Taki Wrong Turn przeniesiony na statek kosmiczny. Skojarzyło mi się to od razu z Jason X, bo i biednego Vorheesa też swego czasu w kosmos wysłali. Dobry jest końcowy twist; ten naprawdę końcowy. Bo ten przedkońcowy tylko mnie zdenerwował i z tego powodu przeoczyłem sens końcówki. Dopiero jak się nad nią zastanowiłem chwilę, stwierdziłem, że to był dobry twist. Chociaż jeśli chodzi o twisty w zamkniętych puszkach, to lepiej wyszło to Davidowi Twohy w Below. Ocena na IMDB: 7 Moja ocena: 5
sobota, 06 lutego 2010
Ink (2009)
http://www.imdb.com/title/tt1071804/
Dużo się mówi ostatnio na temat tego filmu. Widzowie chwalą oryginalną fabułę i twórców-pasjonatów, którzy przy niskim budżecie nakręcili znakomite widowisko. To ich słowa, moje są nieco inne. Rzeczywiście nie da się odmówić filmowi dozy oryginalności. Niestety nie idzie ona w parze z przemyślanymi rozwiązaniami. Mamy tu bowiem połączenie SF, dramatu i bijatyki. Aktorsko słaby, z umownymi efektami specjalnymi, amatorskimi niemalże zdjęciami, może bronić się tylko fabułą i klimatem. I według mnie się nie wybronił. Za dużo jest tu kombinacji. Walki wręcz stylizowane na późnego Jackie Chana połączonego z obecnym Johnem Ceną, czyli raczej kiepskie. W dodatku szczegółową kontemplację skutecznie utrudnia kamerzysta, który zachowuje się, jakby mu się sikać chciało i ciągle dreptał na nogach w kółko, żeby wytrzymać do końca sceny. Nierzadko się zdarzało, że kręcił sufit, albo pustą ścianę, podczas gdy walka toczyła się w parterze. Innym nietrafionym pomysłem był niewidomy mistrz-tropiciel, który w dodatku był bezczelny. Już rozpisana rola w ten sposób była przeszarżowana, a wcielający się w nią aktor do końca nie potrafił się w niej odnaleźć. Wyjąwszy wszystkie technikalia pozostaje przyzwoita fabuła. Nie zachwycająca, ale interesująca. Klimat w filmie leży, wszystko inne też. W związku z tym fabuła została zmarnowana. Ale może kiedyś ktoś duży zrobi remake. Na pewno pomogłoby, gdyby film był np. hiszpański. Ale że jest produkcji amerykańskiej, to marne na to szanse. Ocena na IMDB: 6,8 Moja ocena: 4
The Hangover (2009)
http://www.imdb.com/title/tt1119646/
Mam duży problem z tym filmem. Bardzo duży nawet. Oglądając go, wcale nie czułem jakiegoś specjalnego rozbawienia, euforii wręcz, która wypływała z opinii widzów po seansie. Obejrzałem, przetrawiłem, po czym, gdy zacząłem w gronie kolegów przypominać kolejne sceny, popłakałem się ze śmiechu. Na różnych scenach i kilkakrotnie. Bo to właśnie taki film: zabawny, ale bez przesady podczas oglądania, po czym rozkłada na łopatki, gdy przypomina się kolejne sceny. Tylko jak ocenić coś takiego? Wcześnie dość obwieszczony komedią roku 2009 w zasadzie nie zostawiał złudzeń. I być może naładowany po czubki włosów takim nastawieniem, spodziewając się nie wiadomo czego, nie zachwyciłem się należycie. Co odrobiłem w późniejszych rozmowach. Ten film kojarzy mi się z Seksmisją, która także nie bawiła mnie do łez podczas seansu, ale znakomite dialogi, one linery w wykonaniu Stuhra żyją w naszej świadomości już ponad 20 lat i wciąż jednakowo bawią. Być może właśnie dlatego Kac Vegas jest tak szeroko komentowany, bo właśnie w pofilmowych komentarzach jego siła. I nie dziwię się nieoficjalnemu tytułowi komedii roku, mimo że osobiście wybrałbym inny tytuł (np. The Ugly Truth), to dostrzegam jego potencjał. Co ciekawe, reżyser Todd Phillips reżyserował dotychczas raczej słabe filmy, a duet scenarzystów był między innymi odpowiedzialny za koszmarny Ghosts of Girlfriends Past i niewiele tylko lepsze Four Christmases. Wygląda na to, że trafiło się ślepej kurze ziarno. Ocena na IMDB: 8 Moja ocena: 7
Goal! III (2009)
http://www.imdb.com/title/tt0499487/
O tym, że twórcy filmowi nie znają umiaru pisałem dopiero co przy okazji The Final Destination. Tu mamy kolejne potwierdzenie tej tezy w postaci trzeciej części serii Goal. Już druga odsłona z trudem się wybroniła, w tej piłkarze grają w tandetnych filmach, a w międzyczasie szykują się na Mistrzostwa Świata. Przyznam, że całkowicie przestało mnie interesować, co dzieje się z Santiago Munezem i jego kumplami. W ogóle nie przekonywała mnie gra aktorska, głupi scenariusz i maglowane po raz trzeci te same pomysły. Pierwszy Goal! był świetny, drugi przyzwoity, w trzecim mamy dalszy spadek formy do poziomu nieakceptowalnego przeze mnie. Ocena na IMDB: 3,7 Moja ocena: 3
Les Arbitres (2009)
http://www.imdb.com/title/tt1483780/ Film dokumentalny skupiający się na pracy arbitra piłkarskiego podczas Mistrzostw Europy w 2008 roku. Dla Polaków dodatkowym smaczkiem jest to, że jednym z głównych bohaterów filmu jest Howard Webb i jego kontrowersyjne decyzje podczas meczu z Austrią. Tyle że film nie pokazuje niczego odkrywczego. Owszem, mamy dostęp do rozmów arbitrów podczas spotkania, mamy dostęp do materiałów zakulisowych, ale tam żadne sensacje nie są odkrywane. Wiadomo, że UEFA stoi murem za swoimi ludźmi, więc na sutych kolacjach zawsze wszyscy klepią się po plecach w geście poparcia. Można obejrzeć, jeśli ktoś jest wielkim fanem futbolu, być może w jakimś procencie pomoże to w zrozumieniu pracy sędziów. Ale mam wrażenie, że przeciętny kibic dawno już sam doszedł do wniosków, które twórcy filmu próbują przekazać. Ocena na IMDB: 7,4 Moja ocena: 6
piątek, 05 lutego 2010
Final Destination 3 (2006)
http://www.imdb.com/title/tt0414982/
Trzecia odsłona Final Destination widzom oczekującym na wielką, efektowną kraksę dała jedynie wypadek na kolejce górskiej. Twórcy dwoili się i troili, ale nie ma szans, aby spadający wagonik wygrał z motocyklistą rozpłaszczającym się na autostradzie, czy wybuchem samolotu. Na dzień dobry widza spotyka spory zawód. Przez cały film twórcy jak gdyby nigdy nic zabijają kolejnych niedoszłych uczestników przejażdżki, aby na końcu zaskoczyć... drugą katastrofą, tym razem w metrze. To rzeczywiście zmiana w porównaniu z dwiema poprzednimi częściami, tylko pytanie, ilu było takich, którzy nie doczekali do końcówki i odpuścili wcześniej? Poza drugą katastrofą, nie dostajemy bowiem nic nowego, to w kółko maglowanie tych samych pomysłów, nawet kolejne śmierci nie robią wrażenia. Niby też przypadkowe, połączone w nieprawdopodobne zbiegi okoliczności, ale doświadczony dwiema wcześniejszymi częściami widz będzie tylko ziewał ze znużeniem. Bo poprzednio było lepiej. I rzeczywiście, poprzednio było lepiej. Trzecia część (która miała być w trójwymiarze, ale twórcy z tego zrezygnowali) nie wnosi żadnej nowej jakości do serii, zżera bezczelnie swój ogon, specjalnie się z tym nie kryjąc. Ocena na IMDB: 5,9 Moja ocena: 4
Final Destination 2 (2003)
http://www.imdb.com/title/tt0309593/
Większość widzów po pierwszych seansach drugiej części Final Destination kręciła nosem, na słabą pierwszą scenę wielkiej kraksy. Bo gdzie tam karambolowi na autostradzie do wybuchu samolotu. Moja pierwsza reakcja była taka sama, ale z biegiem czasu, po kolejnych seansach jedynki i dwójki stwierdzam, że z całej serii najlepsza kraksa jest właśnie w dwójce. Najbardziej dopracowana, najbardziej realistyczna i najmniej widać zastosowanie technik komputerowych. A do ciężarówek z balami drewna do dzisiaj czuję ogromną awersję. Niestety dalej jest już dokładnie to samo. Znowu młodzież ginie w przemyślny sposób, ale już nie robi to takiego wrażenia. Nie ma uroku nowości. Być może gdyby numerki pozamieniać, to i oceny można by wymienić, bo dwójkę wciąż ogląda się nieźle, ale nie da się ukryć, że od sequela zawsze oczekuje się czegoś więcej. Tymczasem poza fajniejszą pierwszą rozpierduchą, nic nowego nie dostajemy. Można się kłócić, że przecież taka konwencja i nic nowego być nie może, ale odbiór filmu się przez to nie zmienia. Ocena na IMDB: 6,4 Moja ocena: 6
Final Destination (2000)
http://www.imdb.com/title/tt0195714/
Przeszukałem całego bloga wzdłuż i wszerz, ale nie znalazłem opisów do tej serii. Byłem pewien, że je zamieszczałem, ale widocznie tylko mi się wydawało. Niniejszym nadrabiam. Jeden z uczestników szkolnej wycieczki panikuje, gdy wydaje mu się, że samolot, którym mają lecieć, wybuchnie tuż po starcie. Ochrona wyprowadza go, a także kilka innych osób ze środka lokomocji. I po chwili rzeczywiście samolot wybucha. Ale ich przeznaczeniem nie było przeżyć, więc śmierć upomni się o nich po kolei, manipulując rachunkiem prawdopodobieństwa i przypadkiem. Final Destination to taki młodzieżowy slasher bez mordercy. Zabija wiatr, śliskie plamy, najbardziej nawet naciągane, ale zawsze bez udziału osób trzecich, zrządzenia losu. Twórcom udało się stworzyć tak nieprawdopodobne zbiegi okoliczności, że aż bawią. Nie wiem, czy zrobili jakiś zakład, kto wymyśli lepszy i bardziej nieprawdopodobny proces prowadzący do zgonu, ale efekt końcowy jest bardzo interesujący. Oczywiście nie jest to pokaz aktorstwa na najwyższym poziomie, nie ma tu głębokiej fabuły, ale mimo to jest to coś nowego w świecie horrorów. Szkoda, że kolejne lata pokazały, że producenci nie cofną się przed żadną okazją do wyeksploatowania tematu aż do całkowitego znudzenia. Ocena na IMDB: 6,8 Moja ocena: 8
The Final Destination (2009)
http://www.imdb.com/title/tt1144884/
Ostatnia (a przynajmniej mam taką nadzieję) odsłona serii, która zaczęła być niezamierzoną autoparodią. Pod pretekstem trójwymiarowości dostajemy odgrzewany kotlet, który z każdą kolejną odsłoną traci na smaku. Już zwiastun zapowiadał porażkę, a jak usłyszałem lektora wypowiadającego grobowym głosem "Death saved the best for 3D", to aż mi oczy łzami ze śmiechu zaszły. Pominę całkowicie trójwymiar, który według twórców polegał tylko i wyłącznie na tym, żeby pomiędzy aktorskie sceny wpleść jakieś renderowane trybiki, które obowiązkowo lecą prosto na widza. Niestety takimi chwytami się szacunku do trzeciego wymiaru nie zbuduje. Fabuły streszczać nie będę, powiem tylko tyle, że jakość pierwszego, największego kataklizmu w porównaniu z poprzednimi odsłonami serii jest kiepściutka. Dla osłody twórcy zastosowali (podobnie jak w trzeciej części) kataklizm drugi, a nawet przebili wszystko i zastosowali trzeci. Ale wszystkie są słabe, nie mają tej mocy, co katastrofa samolotu z jedynki, czy karambol na autostradzie w dwójce. Nie dorównują nawet kraksie kolejki górskiej z trójki, że nie wspomnę o wykolejonym metrze. Mania 3D zaślepiła twórców i na szybko wyprodukowali dziełko, które gdyby było fanfikiem, pewnie wzbudziłoby aplauz, ale jako pełnoprawny obraz wypada bardzo blado. Ocena na IMDB: 4,9 Moja ocena: 3
czwartek, 04 lutego 2010
Jennifer's Body (2009)
http://countersv.blox.pl/2009/07/AEligon-Flux-2005.html http://www.imdb.com/title/tt1131734/ Od pół godziny patrzę się w puste miejsce, w którym powinna się pojawić jakaś treść, ale nic mi nie przychodzi do głowy. Co bowiem można napisać o takim filmie? Ano że jest. A fajny? No nie bardzo, ale też niespecjalnie zły. No to w końcu jaki? No właśnie, jaki? Przeciętny. Karyn Kusama i Diablo Cody wspólnie stworzyły postać Jennifer - super dziewczyny opętanej przez demona. Cody wymyśliła scenariusz, Kusama wyreżyserowała. Nazwisko reżyserki wspomniałem nie bez powodu, bo była ona odpowiedzialna za Aeon Flux. I podobnie jak wtedy, tak i teraz zakontraktowała główną bohaterkę - śliczną kobietę, a później nie wiedziała, co z nią zrobić. 4 lata temu kazała się powyginać Charlize Theron, teraz to samo zrobiła z Megan Fox. Tyle, że film więcej nie oferuje. Nie chcę więcej porównywać obu obrazów, bo to zupełnie różne klimaty. Grunt powiedzieć, że Jennifer's Body daje historię jedną z wielu, w zamyśle co prawda oryginalną, ale prowadzoną według oklepanego schematu. I to powoduje, że łatwo przewidzieć kolejną scenę, kolejne rozwiązanie fabularne, a nawet kolejny dialog. Najlepiej wypadły zdjęcia i montaż, który nie powoduje dodatkowych dłużyzn. To plus, który pozwolił mi wytrwać do końca seansu. Reszta mnie nie przekonała. Skojarzyła mi się z opowiadaniem jednego z mistrzów grozy. Nie z konkretnym tekstem, ale takim, który mógłby wyjść spod pióra któregoś z nich. I gdyby takie opowiadanie ukazało się w jego autorskim zbiorze, to pewnie również wypadłoby w środku stawki - byłoby co prawda kilka słabszych tekstów, ale byłyby też o wiele lepsze. Z tym filmem jest tak samo. Ocena na IMDB: 5,4 Moja ocena: 5
Henry Poole is Here (2008)
http://www.imdb.com/title/tt1029120/
Henry Poole wraca do dzielnicy, w której mieszkał za młodu, aby spędzić tu swoje ostatnie chwile. Jest chory i nie zostało mu wiele życia, więc pobyt w magicznej okolicy z dzieciństwa ma pomóc mu w pogodzeniu ze swoim losem. Nie dane mu jest jednak zaznać spokoju, bo już pierwszego dnia wścibska sąsiadka dostrzega na ścianie jego domu plamę, która jako żywo przypomina twarz Jezusa. I już po chwili cała okolica modli się całymi dniami (a czasem nawet nocami) na posesji Henry'ego, za nic mając jego prośby o spokój. To taki film o niczym. Ani Henry nie wygląda na umierającego, ani też specjalnie nie próbuje walczyć z wałęsającymi się po jego posesji sąsiadami. Sami sąsiedzi oczywiście zostali odpowiednio podkolorowani, żeby urozmaicić scenariusz, ale poza kilkoma momentami seans strasznie się nudzi. Lepiej pograć na komputerze. Ocena na IMDB: 6,6 Moja ocena: 4
Jack and Jill vs. the World (2007)
http://www.imdb.com/title/tt0475252/
Dawno niewidziany na ekranie Freddie Prinze powraca w komedii romantycznej. Partneruje mu znana z Sons of Anarchy Taryn Manning. A sam film opowiada historię człowieka od reklamy wiodącego nudne i przewidywalne życie. Pewnego dnia spotyka dziewczynę, która żyje z dnia na dzień, niczego nie planuje i jest jego kompletnym przeciwieństwem. Wiedziony nagłym impulsem oferuje jej wspólne mieszkanie, oczywiście bez żadnych podtekstów. Przynajmniej na początku. Bardzo schematyczny film. Bohater grany przez Prinze'a oczywiście sam nie może wpaść na impuls, musi to poprzedzić odpowiednia rozmowa w firmowym boksie z kolegą, którą weźmie sobie do serca i zrobi pierwszą spontaniczną rzecz, jaka mu do głowy przyjdzie. I oczywiście będzie to zaproszenie pod dach nieznanej dziewczyny. Jest początkowo jakiś urok w tym filmie, ale szybko znika, przywalony kolejnymi schematycznymi scenami, wyjętymi prosto z podręcznika początkującego scenarzysty. Ocena na IMDB: 5,5 Moja ocena: 4
Män som hatar kvinnor (2009)
http://www.imdb.com/title/tt1132620/
Właśnie kończę czytać literacki pierwowzór i jestem pod ogromnym wrażeniem, jak ten tłusty wolumen udało się przenieść na ekran praktycznie bez skrótów, wycinania scen i większych modyfikacji w fabule, przy jednoczesnym zachowaniu klimatu i uniknięciu dłużyzn. Ta dwuipółgodzinna produkcja wciąga niesamowicie, zapewniając znakomitą rozrywkę i udowadniając mi po raz kolejny, że szwedzkie kino stoi na bardzo wysokim poziomie. Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet to historia dziennikarza-wydawcy, który, skazany za nierzetelny artykuł, musi ustąpić ze stanowiska redaktora naczelnego i przez jakiś czas odpocząć od wydawania pisma, aby periodyk uratować, a samemu nabrać ochoty do pracy. Jednocześnie dostaje tejamniczą propozycję od wiekowego milionera, polegającą na odnalezieniu mordercy sprzed 40 lat. Stieg Larsson nie doczekał publikacji swoich książek. Zmarł na zawał przed wydaniem pierwszej. Nie był więc świadkiem ogromnego światowego sukcesu swoich powieści. Teraz sukces przełożył się na kino, bo ekranizacja jest pierwszorzędna. Nowoczesny kryminał, który trzyma w napięciu praktycznie przez cały czas. Duża w tym zasługa głównych aktorów, a przede wszystkim Noomi Rapace, która znakomicie wcieliła się w postać Lisbeth Salander. Bardzo dobre są zdjęcia. W zasadzie niby nic specjalnego, ale kamera zawsze jest tak ustawiona, żeby oprócz akcji, pokazać także kawałek pięknych szwedzkich krajobrazów. Robi to w sposób nieostentacyjny, naturalny, wręcz od niechcenia, dlatego dla widza jest to dodatkowy plus. I nie są to żadne tajne sztuczki, a naprawdę proste środki, które dają znakomity efekt. Ciekawe, kiedy polscy operatorzy się tego nauczą (nie mówię o tych dwóch czy trzech o uznanej międzynarodowej marce)? Bardzo dobra jest także muzyka w filmie, która przyciąga, wzbudza zainteresowanie i zdecydowanie wpływa pozytownie na odbiór przekazu. Kino z kraju Ikei po raz kolejny mnie zachwyciło. Aktualny wynik to 3:0 - 3 filmy i wszystkie świetne. Przede mną druga część trylogii Millenium, ale tym razem najpierw chcę przeczytać książkę. Zobaczymy czy Szwedzi zachowają stuprocentową skuteczność. Ocena na IMDB: 7,6 Moja ocena: 9
środa, 03 lutego 2010
Inglourious Basterds (2009)
http://www.imdb.com/title/tt0361748/
Quentin Tarantino powrócił w filmie o drugiej wojnie światowej. Przyznam, że pierwsze informacje na ten temat zniechęciły mnie, jako że nie przepadam za kinem wojennym. Wydawało mi się, że będzie to kolejny Grindhouse, w którym trup się gęsto ściele, krew wylewa się hektolitrami, a dookoła wyłażą kiepskie efekty specjalne, gumowe flaki. Tymczasem Tarantino przestał wreszcie eksperymentować, a skupił się na dialogach, które tak zachwycały w Pulp Fiction i Reservoir Dogs. Wyszło to na dobre filmowi. Do pomocy reżyser wziął Brada Pitta, który okazał się znakomity i przypomniał sobie czasy, gdy stawiano go na samym szczycie listy najlepszych aktorów. Ale jego rola i tak blednie przy grze Christopha Waltza, który wyskoczył niczym Filip z konopii i przyćmił wszystkich swoją fenomenalną kreacją Hansa Landy, pułkownika wywiadu niemieckiego, który niczym Columbo osacza swoje ofiary i przewiduje ich ruchy na kilka kroków naprzód. Inglorious Basterds to tak naprawdę zbiór luźno powiązanych scen, w których nie do końca chodzi o fabułę, a bardziej o samo wykonanie. Bo to tak naprawdę małe dzieła sztuki, dopieszczone w najdrobniejszym szczególe. Praktycznie nie ma w nich akcji, a mimo to napięcie mało nie rozerwie ekranu w eksplozji potężnej niczym bomba atomowa. Każda scena to gra z widzem, każda posiada twist, którym Tarantino pokazuje, że tu nic nie dzieje się zgodnie z regułami. W tle gra świetna muzyka, która bardzo pomaga w budowaniu i potęgowaniu napięcia. Ten film trwa ponad 2,5 godziny. Ale w żadnym momencie seans się nie dłużył. Wręcz przeciwnie, po zakończeniu zdziwiłem się, że to już, bo przecież miało być tak długo. Mam nadzieję, że następny film tego reżysera będzie podobny w stylu i jakości,, bo właśnie takie dzieła chcę oglądać. Ocena na IMDB: 8,4 Moja ocena: 10
|